| Z MARCINEM ŚWIETLICKIM rozmawia Robert Ostaszewski |
 |
|
Niekoniecznie kryminał |
|
Dekada Literacka 2008, nr 1 (227) |
|
ROBERT OSTASZEWSKI: Rozmawiam z – cytuję z noty biograficznej – „autorem wielu książek z wierszami”. Dlaczego autor wierszy – uznany – bierze się za pisanie prozy?
MARCIN ŚWIETLICKI: A dlaczego uznany pilot śmigłowca może prowadzić samochód? A dlaczego Jan Paweł II pisał nie tylko encykliki?
RO: Czy trudno jest przestawić się z pisania wierszy na pisanie prozy?
MŚ; Nietrudno. Uruchamiają się wprawdzie inne emocje, ale nie jest to wcale bolesne.
RO: Właśnie, ale czy to bardziej kwestia emocji, czy też chęci wypróbowania trochę innych narzędzi pisarskich?
MŚ: Często mylą mi się emocje z narzędziami. Jestem na tyle rzemieślnikiem, na ile pozwalają mi emocje.
RO: Czytając Pana kryminały, czasami odnoszę wrażenie, że niektóre ich fragmenty to po prostu dłuższe wiersze, że jednak mimo wszystko bliżej Panu do poezji niż do prozy. Czy tak?
MŚ: Nie. Gdyby pan nie wiedział, że jestem poetą, wcale by pan tego nie poczuł. Jeden pan w telewizji mówił, że lepiej by było, żebym pisał tylko wiersze i nie ruszał prozy. Należałoby jakoś boleśnie skarcić tego pana. Nikt nie ma prawa mówić mi, co mam pisać. Gdybym się liczył z tym, co ludzie mi radzą, pisałbym potwornie nieciekawe rzeczy.
RO: Zgadzam się – tego Pana należałoby skarcić boleśnie i dotkliwie. Choć będę się upierał, że na poziomie poszczególnych fraz czy konstrukcji akapitów da się wskazać podobieństwa między Pana wierszami a prozą. Choć pewnie wymagałoby to szczegółowej analizy...
MŚ: I nie do mnie ta analiza należy, a jej efekty bardzo mało by mnie interesowały.
RO: Zanim zadebiutował Pan jako autor kryminałów, uczestniczył Pan w projekcie „Marianna G. Świeduchowska”, będąc współautorem „Katechetów i frustratów”. Ile tak naprawdę było w Świeduchowskiej Świetlickiego?
MŚ: Autorów tej powieści było trzech: Marcin Świetlicki, Grzegorz Dyduch oraz pan, który woli zachować anonimowość. Śmieszne fragmenty są najczęściej dziełem Grzegorza, jeżeli jest jakaś złośliwość, to wiadomo, że to ja pisałem, natomiast wszelka poetyczność i metafizyczność tej książki to głównie zasługa trzeciego, anonimowego autora. Więc w Świeduchowskiej jest 0,33 Świetlickiego – mniej więcej.
RO: Z tego co wiem, od dawna deklarował się Pan jako wielbiciel kryminałów. Czy tak?
MŚ: Mam to szczęście, że kryminały czytam od zawsze i nigdy się tego nie wstydziłem. Rozczulają mnie krytyczki i krytycy literaccy, którzy dopiero ostatnio przyjęli do wiadomości, że istnieje ten rodzaj literatury i od razu mają czelność orzekać, co jest, a co nie jest powieścią kryminalną.
RO: Co z kryminalnej klasyki ceni Pan najbardziej?
MŚ: Niestety, przeczytałem tego tyle, że musiałbym wymienić przynajmniej ze sto tytułów. Nie ma sensu. Ogólnie mówiąc – cenię kryminały, w których nie tylko to, kto zabił, jest istotne.
RO: A co Pan sądzi o współczesnym polskim kryminale? Niektórzy uważają, że nasza proza kryminalna przeżywa czas rozkwitu, pojawiają się jednak coraz częściej głosy, że nie spełnia pokładanych w niej nadziei.
MŚ: Te głosy zazwyczaj płyną z niewłaściwych ust. Średnio mnie interesują sądy sfrustrowanych pracowników działów kultury różnych pisemek. Ja uważam, że jeszcze nie jest to rozkwit, rozkwit dopiero nastąpi. A to, że nie wszystko w polskiej prozie kryminalnej jest dobre? A czy wszystko w naszej poezji jest dobre?
RO: Skąd wziął się pomysł pisania „Dwanaście”? Czy już wcześniej miał Pan zamiar napisać coś takiego, czy też namówił Pana do prozy kryminalnej Irek Grin z krakowskiego wydawnictwa EMG?
MŚ: Od dawna chciałem napisać powieść, niekoniecznie kryminalną, to propozycja Grina skierowała mnie w tę stronę. I bardzo jestem z tego powodu zadowolony. Czuję się jako autor kryminałów dużo lepiej, niż gdybym miał być autorem esejów albo felietonów.
RO: A jak Pan ocenia pomysł wydawnictwa EMG, aby do pisania prozy kryminalnej namawiać autorów, którzy wcześniej nie mieli do czynienia z tą odmianą literatury, takich jak Maciej Malicki czy Edward Pasewicz? Chyba się sprawdził?
MŚ: Moim zdaniem tak. To zawsze jest interesujące, gdy odświeża się niebanalnie jakąś odmianę literatury. I oni to zrobili. Ale wiem, że każdy z nich wielokrotnie usłyszał, że to nie są kryminały i że powinni zajmować się czymś innym. A czym powinni zająć się ludzie, którzy tak uważają?
RO: W „Dwanaście” i „Trzynaście” stworzył Pan intrygującą i wyrazistą postać głównego bohatera, zwanego Mistrzem. To chyba dosyć bliski krewny bohatera Pana wierszy?
MŚ: Ja tak nie myślę. Bohater moich powieści jest jeden, a bohaterów moich wierszy jest co najmniej kilkuset. Być może któryś z nich jest jego krewnym, ale nie mam o tym żadnej wiedzy.
RO: Pana opowieści kryminalne to także książki o Krakowie. Mistrz niechętnie opuszcza Kraków, co więcej – rzadko zdarza mu się wyjść poza okolice Rynku, ale jednocześnie wiele z tego, co dzieje się w mieście, ewidentnie go drażni. A Pan, jak się Panu żyje w Krakowie?
MŚ: Inaczej niż mojemu bohaterowi. Chętnie opuszczam Kraków, często wychodzę poza okolice Rynku. Być może nawet niebawem wyprowadzę się z tego miasta. Nie dlatego, że mnie drażni. Nie chcę, żeby mówiono o mnie „krakowski poeta”. Albo porównywano mnie z bohaterem moich powieści.
RO: Przyznam, że jako człowiek funkcjonujący na styku różnych środowisk chyba nie za bardzo „siedzę” w krakowskich klimatach. Stąd intrygujące mnie pytanie: czemu właściwie nie chce Pan, aby mówiono o Panu „krakowski poeta”?
MŚ: Mam taką fanaberię. Polski poeta – to brzmi lepiej.
RO: Przygotowuje Pan kolejną część cyklu o przypadkach Mistrza, zatytułowaną „Jedenaście”. A potem? Dalej będzie Pan wierny Mistrzowi, czy wypróbuje Pan inną konwencję prozy kryminalnej?
MŚ: Nie mam zamiaru już więcej męczyć mojego bohatera. Jemu i tak jest dość ciężko, bo występuje również w pisanej przeze mnie wspólnie z Irkiem Grinem i Gają Grzegorzewską internetowej powieści kryminalnej w odcinkach zatytułowanej „Orchidea”. Więc dam mu spokój, niech sobie odpocznie. Mam do napisania jeszcze mnóstwo innych rzeczy. Niekoniecznie kryminałów.
Rozmawiał Robert Ostaszewski
|
 |
 |
 |
|