poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JÓZEF BAU
Czas zbezczeszczenia (III)
DL 1991, nr 16
Oto ostatni fragment wstrząsającej książki Józefa Baua, która ukazała się w Tel Awiwie, z rysunkami i w opracowaniu graficznym autora. Ten Holocaust odbywał się tuż koło nas — w krakowskim Płaszowie.

PROSZĘ PAŃSTWA, OBECNIE WCHODZIMY DO „KRANKENREWIRU”. Nazywaliśmy te baraki także buńczucznym mianem: Szpital, ale właściwie był to tylko „oddział chorych”. Jak sama nazwa wskazuje, Niemcy odizolowali tu niezdrowych i cierpiących, dla uniknięcia epidemii i w razie „transportu” do pieców Auschwitzu, aby nie tracić czasu na szukanie nieproduktywnych robotników między barakami. Zbrodniarze nie-mieccy nie zamierzali budować szpitala w obozie koncentracyjnym, ani nawet ambulatorium. Bardziej obrazowym językiem można nazwać ten publiczny ośrodek: „pomieszczenie dla konających”. Lekarze tutaj, pod nadzorem oficera SS, pomagali chorym wykitować prędzej i bez komplikacji. Trzeba jednak przyznać, że w owych czasach i w owym miejscu, śmierć w łóżku była śmiercią luksusową. I jeżeli ktoś mimo wszystko łudził się i szukał tu ocalenia, rozumiał przy pierwszym spotkaniu z tą brutalną instytucją, że bez odpowiednich lekarstw, bez właściwej aparatury, bez dobrej woli i bez przestrzegania higieny — niczego nie można uleczyć.
Lekarze i siostry „miłosierdzia”, opatrywali przeważnie rany zadane morderczym biciem, wybite oczy, zmiażdżone kości i połamane ręce, nogi. Istniało tylko jedno lekarstwo: zastrzyk nafty albo benzyny. Pod wpływem przekonujących faktów ludzie starali się nie chorować, albo przynajmniej robić wrażenie zdrowych śmiertelników... dlatego nieczęsto odwiedzano „krankenrewir”. Możliwe, że surowa „dieta” uodporniła nas przed popularnymi chorobami, możliwe, że nasze ciała przyzwyczaiły się do szalejącego okrucieństwa i przezwyciężały niedomagania epoki przedwojennej... ludzie po prostu kompletnie wyschli, mięśnie przyrosły do kości, zapas sił wyczerpał się aż do kompletnego wycieńczenia... i wtedy zostali uznani za nieproduktywnych i jako uchylający się od pracy byli zabijani, wieszani, zarzynani albo mor-dowani w imieniu niemieckiego prawa, bez interwencji sądu.
NASZYM UBRANIEM BYŁY PASIAKI ZROBIONE Z CIENKIEJ SZMATY I BEZ PODSZEWKI, czapka z tego samego materiału i drewniaki bez sznurówek i bez skarpet. Kalesony nie należały do uniformu oryginalnego „heftlinga” i jak i inne dodatki, np. sweter, szalik albo płaszcz były kategorycznie zabronione. Jeżeli Niemcy wykryli, że ktoś podstępnie nosił coś pod pasiakiem, już nie było mu w ogóle potrzebne ubranie... zabitych rzucali nago do dołu, pasiak posyłali do pralni, stamtąd do magazynu, — do powtórnego użycia. Gdy jakaś kobieta ubrała biustonosz albo majtki, zamalowali jej piersi czerwoną farbą lakierową. W czasie ulewnych deszczów i gwałtownych wichrów chodziliśmy przemoczeni do kości... w okresie mrozów zamarzaliśmy na sople lodowe i ani razu nie dostałem grypy ani nie byłem przeziębiony, nawet katar albo kaszel nie czepiały mnie się. Może i byłem chory, ale w ogromie cierpień i katuszy nie wiedziałem o tym.
Pewnego dnia, dzięki bochenkowi chleba i protekcji, dostałem się do zakładu dentystycznego. Prosiłem o zrobienie plomby w chorym i bolącym zębie trzonowym. Kiedy już siedziałem na krześle, wszedł esesman, przełożony „krankenrewiru”, spojrzał mi do ust i rozkazał: „wyrwać mu przedni ząb, bez znieczulenia” — i tak się stało. Gdy dentystka wyłamywała mi przedni ząb, czysty i zdrowy, bałem się przeciwstawiać, bałem się krzyknąć nawet z bólu — ciekawe, od wtedy przestał mnie boleć zbutwiały ząb trzonowy.
Poza „krankenrewirem” znajduje się pusta parcela. Niemcy planowali tutaj zbudować krematorium. Części już nadeszły i były ułożone w magazynie, jednak rycerze pańskiej rasy nie zdążyli ustawić tego nowoczesnego i pożytecznego urządzenia dla wykonania rozkazu Hitlera, którego celem było „ostateczne rozwiąZanie”.
OTO WYCHODZIMY NA SŁAWNĄ W OBOZIE „HUJOWĄ GÓRKĘ”. Ów pagórek jest uświęcony nazwiskami tysięcy Żydów, zamordowanych i spalonych tu przez Niemców. Ordynarne przewisko tego historycznego miejsca jest związane z esesmanem Hujarem, który prowadził tu „akcje”. Może przez to poniżające określenie, pragnęli uniżenie podkreślić stosunek całego świata, który wiedział co się dzieje w obozach... i nie reagował. Na bratnią mogiłę wyzyskali hitlerowcy fortyfikacje, które pozostały z pierwszej wojny światowej. W tych okopach wykańczali całe grupy ludzi. Scenariusz przeważnie był podobny. Skazańcy z pierwszej grupy rozbierali się, oddawali ubranie, układali warstwę drewnianych pali, kładli się na tych palach, jeden przy drugim... i wtedy Niemcy rąbali w nich z karabinów maszynowych. Skazańcy z drugiej grupy rozbierali się, oddawali ubrania, przykrywali konających z pierwszej grupy warstwą drewnianych pali, kładli się na tych drewnianych palach, Niemcy rąbali w nich z karabinów maszynowych... potem pędzili trzecią grupę, czwartą grupę... i tak powstawał stos. Ten, który zostawał ostatni, polewał benzyną i podpalał upiorne ognisko... wtedy zabijali też i jego — i rzucali zwłoki do ognia. Ludzie nie otwierali ust, ponieważ niemieccy oprawcy zalepiali im usta gipsem.
Pewnego razu uratował się cudem jeden z przeznaczonych do spalenia. Uciekł z „Hujowej Górki” i opowiedział o bohaterskich czynach „wachmanów” (jeńcy rosyjscy zaprzedani Niemcom). Po wykończeniu 70 Żydów z placówki ,,Bonarka”, „wachmani" stali w kolejce, aby zgwałcić zabitą Żydówkę i krzyczeli: „Prędko, prędko, póki ciepła!”.
„HUJOWA GÓRKA” ZNAJDUJE SIĘ NA WZGÓRZU i stąd widać prawie cały obóz. Stąd widać też i drugą stronę drutów kolczastych — szosę o domy aryjczyków, którzy w owych czasach nazywali się „wolnymi” ludźmi. W okresie królowania bestialskiego „komandira” Goetha, nie zatrzymywaliśmy się tutaj aby patrzeć na okolicę. Byliśmy niewolnikami Hitlera, przeznaczeni do przymusowej pracy i jako takim, skonfiskowano nam prawo do bezczynności. Kiedy kategoryczny rozkaz jakiegoś urzędniczyny czy durnego ode-mama, zmusił kogoś aby służbowo przeszedł tą ulicą, wtedy ten ktoś starał się jak najszybciej „przelecieć” tędy i niczego nie widzieć. Każde spotkanie wojownika spod znaku trupiej czaszki zmuszało Żyda, który należał do rasy ludzi niższej wartości, zdjąć z głowy pasiastą czapkę (miceap), stanąć na baczność i głośno zameldować: numer osobisty, miejsce pracy i dokąd idzie. Takie spotkanie dobrze jeśli się skończyło kopniakiem w dupę albo brutalnym rypnięciem w mordę. Był jeszcze powód dla którego nie zachwycaliśmy się pięknym widokiem stąd — całymi dniami płonęły ogniska na „Hujowej Górce”, a smażone mięso ludzkie wydzielało duszący smród i gęsty czarny dym, który zasłaniał całą panoramę i cały świat zakrywał przed naszymi oczami.
DZIŚ SPOKÓJ W OBOZIE. Ucichły uderzenia młotów, nie słychać strzałów i przekleństw niemieckich, a maszyny na „industrigelende” (obszar przemysłowy) przestały hałasować... Wtedy, w owym czasie, gdy zębate koła masakrującej i niweczącej maszynerii, męłły setki tysięcy Żydów wraz z ich majątkiem — w czasie totalnego niszczenia, bez żadnych kon-struktywnych korzyści... znalazł się jeden, Icchak Stern, który przy poparciu Mietka Pempera i inż. Grunberga, wytłumaczył „komandirowi”, że ten obóz może pomóc jego faszystowskiej ojczyźnie w prowadzeniu wojny. Zamiast mordować Żydów, można ich wykorzystać razem z maszynami, które zostawili w getcie, aby wytwarzać „ristung” (uzbrojenie). Ten pomysł nie przyniósł błogosławieństwa armii niemieckiej, ale uratował około dwudziestu tysięcy Żydów, którzy już stali w ogonku na „himelko-mando”.
Aby przygotować plany narzędzi, jakie warsztaty obozowe będą mogły dostarczyć żołnierzom na froncie, pracowaliśmy w „bałłajtungu” kilka dni i nocy. Władze niemieckie zgodziły się na ofertę i posłały zamówienia... i wtedy powstały nowe zakłady na „industrigelende”. Oto widzicie, w pierwszym rzędzie, blisko ulicy Bergsztrase, barak ślusarzy i blacharzy, obok barak metalowców, w dalszym ciągu stoi centralny magazyn, barak szewców, zegarmistrzów, i elektryków. Naprzeciw nas dwa baraki stolarzy, drukarnia i wytwórnia szczotek. W późniejszym etapie przyłączono do „irdustrigelede” nowy obszar: „nojegelende”. 17 baraków krawców, kuśnierzy i tapicerów. Po kilku miesiącach zaszło ważne zdarzenie — obóz pracy przymusowej, czyli obóz hurtowej zagłady, bez sprawozdań i paragrafów, został oficjalnie zamieniony na obóz koncentracyjny, czyli obóz planowej zakłady.
PRZESZLIŚMY SPOD WŁADZY SADYSTYCZNEJ POLICJI OKRĘGU KRAKOWSKIEGO DO TRUSTU ZBRODNI, ogólnoniemieckiego urzędu policji SS. Obóz dostał zaszczytny tytuł „KONCENTRACJONLAGER PLASZÓW”, my dostaliśmy pasiaste mundury normalnych więźniów... a „komandir” otrzymał zabezpieczoną posadę bez obawy wysyłki na front. Także warsztaty zrobiły na tym dobry interes, dostały ustawowy przydział materiału i nie trzeba było już szukać wykrętów, jakoby pracowały dla wojska. Dlatego warsztaty służyły potrzebom obozu... i równocześnie wykonywały prywatne zamówienia dla oficerów SS i generałów. Krawcy w „mas-sznajderaj” szyli garnitury według miary, a szewcy w „mas-szusteraj” naprawiali i robili buty dla „komandira”, jego kolegów i przełożonych. W drukarni drukowano fałszywe ulotki podziemia dla prowokatorów, zawiadomienia o wykonaniu wyroków śmierci, różnego rodzaju druki tajne i podejrzane. W „central-magazynie” segregowano żydowski majątek: aparaty fotograficzne, zegarki, złote zęby, przedmioty kuchenne, i wszelkiego rodzaju insygnia osób, które kiedyś figurowały w spisie obywateli, którzy jeszcze nie „poszli pod bagier” albo nie zostali posłani jako paliwo do pieców Auschwitzu lub... ofiar, które tam już znalazły swoje miejsce.
„Central-magazyn” spowodował, iż „komandir” Goeth wylądował pewnego dnia, jako złodziej, w niemieckim kryminale. Według przysłowia, mógł dostać amnestię, ponieważ „Kto okradł złodzieja, zwolnionym będzie” — ale widocznie niemiecki wysoki sąd doszedł do wniosku, że majątek żydowski był własnością nacjonalistycznej ojczyzny, dlatego „komandir”, który świsnął skarby narodowe, został wsadzony do ciupy. W międzyczasie wojna się skończyła, a Amon Goeth trafił do odpowiedniego mu celu... do celi w polskim więzieniu, gdzie po sprawiedliwym procesie zawisł na szubienicy.
PROSZĘ PAŃSTWA, ZWIEDZILIŚCIE PRAWIE ŻE CAŁY OBÓZ — ALE WIDZIELIŚCIE NIEWIELE, TYLKO JEDNĄ ŁZĘ Z MORZA ŁEZ.
Opowiadać o płaszowskim obozie koncentracyjnym, to jak gdyby podjąć się niewykonalnego zadania: podnieść własnoręcznie drapacz chmur, w którym znajduje się archiwum okropności wyrządzonych narodowi żydowskiemu.
Obecnie schodzimy ulicą Esessztrase. Z lewej strony wille oficerów, którzy umożliwili Goethowi jego lśniącą karierę. Oto „czerwony dom Goetha, w którym mieszkał, szalał i na końcu załadował skrzynie krwawiącą żydowską. Poza „czerwonym domem” stoi „hunderewinger” — pomieszczenie dla psów, wytresowanych do rozdzierania ludzi ubranych w pasiaki. Psy konsumowały codziennie mięso i rosół z makaronem. Kiedy Żyd, który w szwabskich oczach był tylko numerem, składał Niemcowi sprawozdanie dotyczące psów, był zobowiązany dodać do psiego imienia, tytuł „Herr” (pan). Na przykład: „Herr Rolf nudzi się dzisiaj w swojej budzie”. Z prawej strony stajnie, garaże samochodowe, laboratoria chemiczne, magazyny książek, chlew dla świń i gęsiarnia. Znowu przechodzimy między „grałenhałzem” a „wachkaserną”, obok ruin hali przedpogrzebowej...
PRZED NAMI GŁÓWNA BRAMA I ULICA PROWADZĄCA DO WOLNEGO ŚWIATA, do obecnej rzeczywistości, do życia prywatnego każdego z nas. Żegnajcie, szanowni państwo! Opuszczacie teraz „Mój Płaszów”, taki jaki jest wytatuowany w moich myślach, jaki jest zabalsamowany w mojej pamięci... jaki powraca do mnie prawie co noc w makabrycznych snach.


 

 
hmorhoefer@web.de     2009-06-08 14:41:06
DLATEGO SIE TAK MALO OTYM MOWI A WCZESNIEJ WOGOLE Ci co to przezyli wstydza sie,ze dlaczego wlasnie oni znalezli sie w tym bagnie, gdy inni wtym czasie popijali wino w Kasynach..... t
 
niema@niema.pl     2010-03-30 00:19:38
W Płaszowie idzie ta robota HAŃBIĄCO długoooo. Co jest - Kasy nie ma na zrobienie porządku w tym jakże ważnym (jak Oświęcim) miejscu mordów hitlerowskich ??!!! NORMALNIE HAŃBA !!!!
 
coollinks@cjam.ca     2010-10-25 02:09:22
Tak pisal sp Jozef Bau w swej ksiazce"Czas zbezczeszczenia". Przezyl oboz i podaje duzo faktow i nazwisk. Na zakonczenie dodaje informacje o Austriakach-cichych wspolnikach Hitlera szczegolnie w oboz

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas