| Zofia Ilińska-Moseley, urodzona w Wilnie, od trzydziestu lat pisze i ogłasza swoje wiersze po angielsku. Jest również tłumaczką poetów anglosaskich, m.in. Geralda Manley Hopkinsa i T.S. Eliota. Prezentowany wiersz pochodzi ze zbioru „Wiersze w zbożu” (OPiM, 1970), a przełożony został z angielskiego przez znaną poetkę, Beatę Obertyńską.
The Refugee
Przyjechałaś tu dwadzieścia lat temu jako „refugee. Dziś masz brytyjski paszport I prawo do starczej pensji. Matkę pochowałaś w Irlandii, Męża pochowałaś w Polsce, nazywanej Rosją na najnowszych mapach. Brat twój osiedlił się ostatecznie w Kanadzie. Córka w Kornwalii hoduje wieprze i pisze wiersze w obcym języku. Synowie na Malajach walczyli z bandytami, potem była Afryka — potem Kanada. W listach Ich czytałaś o krokodylach i małpach; o wielkich nieruchawych słoniach, turę wśród dzikiej pustki strzegą własnych kłów: o zimie twardej i głębokiej, o polarnych psach I o pieśni polarnych psów wieczornej długo i mollowo, o mewach i zimorodkach; o bezmiernym oddechu morza, kiedy idzie przypływ czy odpływ — aż od tych wszystkich obcości Przycichły d w pamięci strumienie własnego dzieciństwa. Rozumiesz język zięcia i synowych. Oni — z twego — opanowali już „tak” i „nie”. Żadne z wnucząt (a jedno jest kaleką) nie zna twojej rodzimej mowy; nauczyły się tylko mówić do ciebie „babciu”. I to jest jedno z najszczęśliwszych twoich słów. Czasem śmieszy cię ta mieszanina rodzinna. Czasem myślisz: „Jakie to wszystko dziwne”. Czasem nie wiesz do kogo w jakim mówić języku. Czasem bierzesz jeszcze de kościoła twój dawny mszał — ale rzadko i raczej przypadkiem... Zwierzyłaś się raz komuś że sny twoje mówią już też po angielsku… * Do czterdziestego roku życia nie przyjmowałaś w domu ludzi rozwiedzionych. Do czterdziestego roku życia nie znałaś słowa „homoseksualizm” a przecież cywilizowana i nie nadto osłonięta od życia szeroko patrzałaś na świat.
Do czterdziestego roku życia nie wiedziałaś co to brak pieniędzy; potem przyjaciel powiedział „żebracy nie mogą być wybredni”. Nigdy nie opuściłaś niedzielnej mszy. Nigdy nie byłaś u psychiatry... Nigdy nie powiedziałaś i nie pomyślałaś nigdy że cię coś „nic nie obchodzi”. Nie pozwalałaś cierpieniu zamienić się w obsesję. Za zło największe uważałaś grzech.
Dziś jesteś kobietą starą i bardzo piękną, silną i pełną pogody, Żyjesz w zgodzie z żywiołami, nawykła oswajać obcych, ptaki i wiewiórki, I tylko czasem — choć nie zdajesz sobie z tego sprawy — twarz osuwa ci się ku coraz głębszym pokładom smutku. To zdarza się jednak wtedy tylko kiedy się brama za dziećmi zamyka, Albo kiedy przy stole — między daniami — przeciąg drzwi jakieś w głębi domu zatrzaśnie, i nagle Nic zupełnie nie ma już do powiedzenia.
|